Pięć osób było dzisiaj świadkiem, jak powiedziałem głośno:
Gdybym nie był pewny, że tego nie da się zrobić i musi tak zostać, tobym wam nie dawał. Nie mogę dopuścić do sytuacji, że przyjdzie tu któryś, i mnie zawstydzi słowami: „patrz, zrobiłem”
Sprawa tyczyła pendrive’a, którego wszystkie dostępne średniorozgarniętemu informatykowi narzędzia windowsowe, dosowe, linuksowe, włacznie z „ręcznymi – hexowymi” edytorami – widziały jako dwa oddzielne urządzenia na kontrolerze usb…
Niby nie ma o co walczyć: 8 MB albo „nieokreślona ilość miejsca) + dziewięćsetileśdziesiąt MB na gigowym penie.
Pobawiłem się tym, pomęczyłem na milion sposobów: oddaję, mówię: nie umiem, IMO się nie da. Pokazałem koledzie, który w moim mniemaniu jest najbliższy mi doświadczeniem „w dłubaniu” – ten mówi „no kurde..”. Wziął jeszcze jeden chojrak (twierdzi, że zrobił..) : efekt – ukrył czy wyłączył u siebie na kompie jedną partycję, urządzenie nadal widoczne… <LOL>..
I na to wszystko przychodzi kumpel z biurka naprzeciwko. Cicho, grzecznie i skromnie mówi: „to tak dla formalności, mogę zobaczyć?”.
Minęło 5 minut – zrobił. Cały pendrak jest widoczny jako jedno urządzenie, jeden dysk o pojemności ~1GB.
OCB??
Ano: gość siedzący na lewo ode mnie powtarza czasem stary i drętwy – a jaki prawdziwy – informatyczny żart:: „jak wszystko inne zawiedzie – przeczytaj instrukcję”
Zwycięzca dnia wziął, i skorzystał z dostępnego na stronie producenta oficjalnego, opisanego i ogólnodostępnego narzędzia.
Ktoś mi musiał przypomnieć, że w CVkach piszę: „chętnie się uczę i szukam rozwiązań…”
by scobowski